Rozległe obrażenia na ciele martwej 4-latki, która została przyniesiona przez matkę do jednego z łódzkich szpitali, ujawniły szokujące zachowania opiekunów dziecka.

06 grudnia w łódzkiej placówce medycznej zjawiła się kobieta z ciałem 4-letniej dziewczynki. Lekarze szybko doszli do wniosku, że dziecko nie żyło już od kilku godzin. Matka dziecka próbowała wmówić pracownikom służby zdrowia, że jej córeczka nieszczęśliwie spadła z huśtawki, ale liczne ślady przemocy na ciele dziewczynki nie potwierdziły wersji zdarzeń kobiety. Policja zatrzymała 27-latkę i jej 33-letniego konkubenta. Okazało się, że to właśnie on stosowaniem regularnej przemocy doprowadził do śmierci dziewczynki. Mężczyzna przyznał się do częstego bicia dziecka. Wyznał też, że dzień przed śmiercią 4-latki dusił ją, ponieważ „często płakała i marudziła”. W ostatnich godzinach życia dziecka, konkubent 27-latki bił natomiast dziewczynkę ręką i paskiem oraz uderzył głową 4-latki o bok drewnianego łóżka. Lekarzy zaszokowała skala obrażeń, jakie odkryli na ciele przyniesionego do szpitala dziecka: rozległe obrażenia głowy, krwiak i obrzęk mózgu, obrażenia jamy brzusznej, sińce, otarcia naskórka, ślady po złamaniach itp. Pracownicy służby zdrowia nie mają wątpliwości, że codzienność ciągle katowanej dziewczynki była prawdziwą gehenną oraz że człowiek tak traktujący bezbronną istotę zasługuje na najwyższy wymiar kary.
Iwona Trojan

